Moja historia #2

MOJA HISTORIA #2 Żółte papiery

Żeby opowiedzieć Ci drugą część mojej historii, niechętnie muszę rozgrzebać przeszłość i wrócić do kwietnia 2015 roku. A było tak … 

Po raz kolejny w akcie bezsilności wynikłej z nieudolnej próby porozumienia się z D. uciekłam do ogrodu aby złapać oddech świeżego powietrza i uspokoić rytm serca. Usiadłam w domku na drzewie, zbudowanym przez sąsiada, takim o jakim zawsze marzyłam w dzieciństwie. Robiło już się ciemno, musiałam płakać głośno, z lamentu wyrwało mnie niepokojące ujadanie psów z sąsiednich podwórek, które postanowiły mi akompaniować. Wtedy zawładnęło mną przerażające uczucie. Co ja właściwie robię? Siedzę tu sama i użalam się nad sobą. Co jest ze mną nie tak? MUSZĘ BYĆ CHORA PSYCHICZNIE! Pomyślałam. Zdecydowanym ruchem otarłam szybko łzy i pewnym krokiem ruszyłam w stronę domu, gdzie czekał na mnie bezradny D. Spojrzał na mnie swym łagodnym wzrokiem pełnym niezrozumienia, jak zwykle odpowiedziałam na to spojrzenie pretensjonalnym tonem:

– gdzie są moje papiery?
– jakie papiery? – spytał zdziwiony. 
– moje żółte papiery! – krzyknęłam jeszcze głośniej. 
– nie mam ich? – dodałam z niedowierzaniem. 

Po krótkiej chwili zastanowienia skończyłam ten dialog słowami: 
– więc powinnam je mieć. Usiadłam na kanapie roztrzęsiona jak nigdy wcześniej. Nogi mi drżały, nawet opanowany D. nie potrafił mnie uspokoić. Wtedy uświadomiłam sobie, że coś się zmienia, że nie pasuje do tego świata, w którym brak wiary w marzenia, rzeczy niewidzialne, w przeznaczenie, w siebie samych. Nie chciałam żyć w taki sposób. Jak robot. Codziennie rano chodzić do tej samej pracy, wracać zmęczona po całym dniu, byleby na nazajutrz od nowa zacząć tą całą szopkę i udawać, że jest fajnie kiedy wcale nie było. 

Moje myślenie przerwał głos D. „zadzwoń do mamy”…
Do mamy? Zdziwiłam się, przecież ja nigdy nie dzwonię do mamy, dlaczego akurat do niej? Złapałam za telefon, tiiiiiiiiiit tiiiiiiiit – wydobywane z głośnika przeciągało się przez całą moją głowę, znacznie dłużej niż zwykle. Serce ponownie przyspieszało rytmu. Zupełnie jakbym podświadomie wiedziała, że ta rozmowa ma jakiś głębszy sens. Nie pomyliłam się. W trakcie wymiany zdań z mamą na temat możliwych chorób psychicznych padło jedno istotne słowo – INDYGO i tym razem nie było już samotne bo towarzyszył mu przedrostek – DZIECI. Dzieci Indygo, już gdzieś o nich słyszałam… no tak! Przecież nawijał o tym Bisz. Nie zwlekając chwili dłużej rozłączyłam się po czym nie wiedzieć czemu zamknęłam się w łazience. Chciałam być wtedy sama. Ponownie wystukałam w YouTube „Bisz Indygo”. To co wtedy poczułam słuchając tej piosenki to był przebłysk czystej świadomości, który na zawsze zmienia całe życie. Chwila kiedy prawdziwie doświadczamy siebie, tego kim na prawdę jesteśmy. To był mój moment w którym obudziłam się ze snu. Ta piosenka pomogła mi dotrzeć do prawdziwej esencji samej siebie, uświadomiła mi, że jestem kimś znacznie więcej niż tylko ciałem i umysłem stworzonym do życia według ogólnie przyjętych schematów. Przez chwilę poczułam jakbym mogła zrobić wszystko, a na pewno więcej niż byłabym w stanie. Poczułam nagły przypływ energii, zrozumiałam też że nie jestem w tym sama, że są gdzieś ludzie, którzy czują się tak samo jak ja. Zagubieni, samotni, bezradni. Wtedy zaczęłam się zastanawiać jak do nich dotrzeć, gdzie ich szukać i jak znaleźć. Zaczęłam swoje poszukiwania… 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *